Rehabilitacja i fizykoterapia
tomekwie | lipiec 21, 2008Stare polskie przysłowie mówi, że podobno nieszczęścia lubią chodzić parami. Ja powiedziałabym, że raczej stadami, ale cóż trzeba jakoś radzić sobie w życiu. U mnie zaczęło się banalnie. W siódmym miesiącu ciąży zostawił mnie mój ukochany mąż. A jeszcze nie tak dawno szeptał mi do ucha, że dla niego liczę się tylko ja i nasze jeszcze nie narodzone maleństwo. No i proszę… wystarczył jeden wyjazd na służbowe szkolenie, na którym miał być omawiany nowoczesny sprzęt do fizykoterapii, by mu się odmieniło! Biedaczek! Jego sekretarka się na niego uparła i wylądowali w łóżku. To podobno była taki rodzaj rehabilitacji po męczących zajęciach. Drań! Jak tylko się o tym dowiedziałam, to wystawiłam mu walizki za drzwi. Niestety! Nasz synek urodził się poważnie chory. I to jemu okazała się potrzebna hydroterapia i rehabilitacja. Mało tego musiałam też postarać się o potrzebny sprzęt do fizykoterapii. Byłam sama i nie miałam na kogo liczyć. Postanowiłam więc skontaktować się z innymi rodzicami dzieci chorych na podobne schorzenia co mój mały synek. Wcale nie było to takie proste, ale dla mojego dziecka gotowa byłam zrobić wszystko. Niektórzy rodzice na początku powątpiewali w sens naszego działania. Wtedy cierpliwie tłumaczyłam im, że odpowiednio prowadzona hydroterapia i rehabilitacja potrafią zdziałać cuda. Nasze zadanie polegać ma tylko na wywieraniu wpływu na decydentach, by zakupili potrzebny naszym dzieciom sprzęt do fizykoterapii i zatrudnili odpowiednich specjalistów. Nie od razu, ale udało się. Najpierw udało mi się zebrać rodziców i założyć stowarzyszenie walczące o prawa do odpowiedniego leczenia dzieci, a potem wspólnymi siłami wywarliśmy odpowiedni nacisk na decydentów. Dzięki temu nasze dzieci otrzymały fachową pomoc i opiekę. Oczywiście, jako matka bardzo się z tego cieszyłam. Dziś synek jest roześmianym pięciolatkiem. Mój upór, ale też odpowiednio prowadzona rehabilitacja i hydroterapia zdziałały cuda. Warto było znieść wszystkie niedogodności, samotne zmaganie się z problemami, aby teraz móc obserwować jego rozwój. Zdrowie mojego dziecka jest największym szczęściem jakie mnie w życiu kiedykolwiek spotkało. Zaraz za tym plasuje się mój drugi mąż… ale to już zupełnie inna historia.





