Falowiki i przekładnie
lukasz.sunrisesystem@gmail.com | sierpień 25, 2008Fala dźwiękowa, fala wodna, falowanie tłumu kibiców, falochron – konstrukcja drewniana lub betonowa zmniejszająca napór fal morskich. To zakres wyrazów, których znaczenie nie przerasta percepcji przeciętnego Polaka. A falownik? Czy to część falochronu? Człowiek, który faluje? Natknęłam się na to wyrażenie rozmawiając w gronie znajomych o przedziwnych tematach prac magisterskich. Pojawiały się takie perełki jak: „żywienie koni sportowych ze szczególnym uwzględnieniem minerałów”; „cykl płciowy susła moręgowanego w warunkach hodowli półotwartej” a także „szlifowanie wałów korbowych”. Pojawił się także temat z Politechniki Poznańskiej. A wraz z tematem zagadnienie nie lada. Co to jest falownik? Szperając w encyklopedii natrafiłam na dość enigmatyczne wyjaśnienie. Wynikało zeń mniej więcej to, iż falownik to urządzenie, które zmienia prąd stały na prąd przemienny o regularnej częstotliwości wyjściowej. Hm. Tyle teoria. A praktyka? Okazuje się, że falowniki umożliwiają maszynie łagodny rozruch, dostosowują wydajność maszyn do pozostałych urządzeń linii produkcyjnej. Ze względu na rodzaj źródła zasilania, rozróżniamy falowniki napięcia i falowniki prądu. Inaczej te urządzenia nazywane są przemiennikami częstotliwości a ich zakres mocy wynosi od 0, 25 do 400 KW. Kiedy już dumna i blada oznajmiłam koledze, że mniej więcej wiem o co chodzi powiedział mi, że jego znajomy pisał z kolei o przekładniach. Tu zasępiłam się nieco, ale postanowiłam ambitnie rzecz sprawdzić. A zatem po wgłębieniu się w zagadnienie okazało się, że przekładnie to mechanizmy lub układy maszyn służące do przeniesienia ruchu elementu czynnego na ruch bierny. Jednocześnie zmieniają się wtedy parametry ruchu. Ze względu na rodzaj wykorzystywanych zjawisk fizycznych wyróżniamy przekładnie mechaniczne, elektryczne, hydrauliczne i pneumatyczne. Gdy wśród różnych wariantów przekładni pojawiły się przekładnie planetarne, skapitulowałam mentalnie. Idea przekładania planet niczym warstw biszkopta kremem, wydała mi się jednak zbyt abstrakcyjna. A uczyłam się tyle lat fizyki. Konstruowałam wahadło matematyczne z kulki plasteliny i kawałka wełny, obliczałam jakieś amplitudy wychyleń, uczyłam się o lasce ebonitowej, co się ją pociera i wciąż nijak mogę pojąć, że w nieruchomym blacie biurka są miliardy ruchomych cząsteczek… i znów człowiek bezradny jak niemowlę, wystarczy, że pojawią się przekładnie, falowniki. Poczułam się jak w wierszu Tuwima: „tumanili mnie nauką daremną”…





